• Wpisów:1901
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 21:56
  • Licznik odwiedzin:125 574 / 2500 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
,,i aniol w koncu upadl. Nie byl to co prawda upadek samego Lucyfera ale jednak pierwszy ktory poszedl za nim. Upadl bo to w co wierzyl nie powinno istniec."
-Nie wiem co spotkam ale jie rob tu za wrozke okey? Jestem optymistom i jakos...nie sadze zeby to co wychodzi z waszych ust bylo prawda choc nie zaprzeczam ksiazki fantasy lubie...
-Pokaz jej...-rzucil ojciec.
Chlopak wstal zdjal koszulke i odwrocil sie do mnie plecami. Poruszal karkiem i lopatkami i po chwili zauwazylam cos o czym moglam tylko snic. Biale z blekitnymi koncowkami piekne puchowe i niesamowicie duze...skrzydla. Nie wiedzialam co powiedziec wiec wstalam i by upewnic sie ze to nie falszywe gowienko dotknelam ich. Chlopak wzdrygnal sie odwracajac glowe w moja strone. Spojrzalam mu w oczy zafascynowana (i pewnie wygladajaca jak slup soli) i wydukalam:
-Wybacz chcialam byc pewna ze to nie jakas projekcja.
-Nie szkodzi. Obejrzyj w calosci i dotykaj jak chcesz bylebys uwierzyla.
- w sumie...to juz...Ale...niech mi ktos to wszystko wytlumaczy...ja...nie do konca to rozumiem...
Chlopak schowal skrzydla zalozyl bluzke i usiadl spowrotem na sofie. Widac bylo ze sam nie wie co zrobic i co powiedziec. Sama usiadlam na fotelu czekajac na jaka kolwiek odpowiedz. Nagle moje oczy dostrzegly ruch za oknem. Podnioslam sie czukac dziwne zimno i niepokoj. Nie wiedzialam w sumie dlaczego ale nagle oczy wszystkich spoczely na mnie. Otworzylam usta i powiedzialam:
-Ktos jest na zewnatrz.
Wszyscy momentalnie spojrzeli w okno. Przez chwile panowala cisza az nagle poczulam ich niepokoj. Wszyscy spojrzeli na Vana. Po chwili usmiechnal sie i powiedzial:
-Chyba sam jako upadly nie zostalem.
-Van!-rzucila jakas dziewczeca postac pojawiajac sie przed nim.-Obiecales ze bedziesz nas informowac! Obiecales ze sam walczyc nie bedziesz! Co cie napadlo?!
-Elen.-powiedzial spokojnie chlopak.-Nie szalej. Wszystko jest dobrze. Nic sie nie stalo.
-Prócz tego że znowu wyglądasz jak siedem nieszczęść to taaaa owszem...Jaki ty jesteś uparty...-rzuciła krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nagle jednak spojrzała na mojego ojca.-Max?! Max to naprawdę ty?!-z uśmiechem rzuciła mu się w ramiona.-Wieki cię nie widziałam.
-A ty jak zawsze żywiołowa. Prawda Elen?-spytał ojciec głaskając ją po głowie.
-Ja się nie zmieniam. Ale ty...postarzałeś się. Nie jest ci do twarzy z siwizną.
-Zdążyłem to zauważyć.
-Elen co was sprowadza?-spytał Van.
-Po pierwsze mieliśmy się trzymać razem pamiętasz? A po drugie...zaczęli węszyć. Prawie wpadli na nasz trop. Musieliśmy uciekać z kryjówki.
 

 
-Połóż się. Obudzimy cię gdy Van się obudzi.-zaproponowała mama sprawdzajac opatrunek chłopakowi.
-Dobra...
Obojętnie odwróciłam się i powędrowałam schodani spowrotem do swojego pokoju. Nie zmieniając rzeczy rzuciłam się na łóżko i zasnęłam po kilku minutach. W momencie kiedy zawsze zasypiam pół godziny, to zaśniecie choć raz szybciej to cud...Miałam dosyć...dosyć tego dnia, dosyć tych wydarzeń, dosyć niewiedzy.Czułam się jakoś...dziwnie...
Po kilku godzinach obudzilo mnie szturchanie w ramię. Otworzyłam oczy czując że chyba nie do końca odpoczęłam. W sumie nie docierało do mnie gdzie się znajduję, co to za dzień, kim jestem i co się dzieje...Gdy spojrzałam na mamę wszystko do mnie dotarło. Wszystko wróciło i nie było mi z tego powodu dobrze...Podniosłam się i zauważyłam koc n moich nogach. Przetarłam oczy i usłyszałam tylko mamę mówiącą:
-Obudził się. Jak się dobudzisz chodź do nas.
Przytaknęłam głową a mama wyszła z pokoju zostawiając mnie samą. Ziewnęłam przeciągając się i patrząc w stronę okna. Powoli podniosłam się z łóżka, założyłam laczki i zeszłam po schodach do rodziców szybko poprawiajac sobie kitkę. Chłopak siedział na sofie okryty kocem, popijajac herbatę i dopiero teraz dotarł do mnie jego wygląd. Miał krótkie czarne włosy sięgające ramion, kolczyki w uszach i...złote oczy. Z daleka dobrze ich nie widziałam, ale gdy podeszłam bliżej zauważyłam że jego oczy przypominały złoty piasek kręcący się w koło źrenic. Wyglądało to niecodzinnie, pięknie i tajemniczo. Szybko otrząsnęłam się i usiadłam na fotelu na przeciwko chłopaka. W sumie nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi...
-Van.-zaczął ojciec.-Nie zaatakowali cię przypadkiem, prawda?
-No w sumie nie.-odpowiedział obojętnie.
-Co się dzieje? co jest nie tak?
-Thomas...Będąc szczerym...-spojrzał na mojego ojca.-Lepiej będzie jak za dużo nie wiesz bo będziesz kolejny.
-Nie rozumiem o czym mówisz.-ojciec się speszył.
-Góra nie jest już tym samym co była dawniej. Dostali nowego rządzącego...dużo z nas odeszło...więc zostaliśmy skazani przez niego na śmierć...Więc wyłapują nas jeden po drugim, zanoszą przed jego oblicze i tam zabijaja...Problem w tym że ze mną nie jest łatwo.
-Góra, zabijanie, co?!-spytałam szybko.
-Twoja córka nic nie wie, ale dla niego jest interesującą zdobyczą. Widziałem, czeka, ale chce ją dostać w swoje łapska, dlatego codziennie stałem obok waszego domu, codziennie ją obserwowałem i broniłem...Nie wiem dokładnie po co mu ona, ale jeśli by zniszczyć świat, to ja go powstrzymam. Nawet jeśli mam być sam.
-Van, po pierwsze nie jesteś sam...choć nie jestem już dawno jednym z was mogę ci pomóc...musisz mi tylko więcej powiedzieć.-dodał ojciec.
-Fajnie by bylo jakby ktoś najpierw mnie oświecił, jeśli łaska oczywiście, o co tu chodzi...-rzuciłam już obojętnie.
-Ami.-zaczęła mama siadając na fotelu obok mnie i chwytajac mnie za rękę.-Oboje z twoim tatą kiedyś kiedyś bardzo dawno byliśmy aniołami. Jednak stwierdziliśmy ze chcemy spróbować życia jako normalni ludzie, żyć razem w domku, pracować i mieć dzieci. Dostaliśmy takie pozwolenie jeśli będziemy przestrzegać zasad życia na ziemi i nie wrócimy do nieba zanim nie umrzemy. Wszystko było okey, dobrze i miło i urodziłaś się ty. Jak powiedział teraz Van, dostali nowego rządzącego i zbuntowali się. Najpewniej jego metody rządzenia im nie przypadły i odeszli.
-Wystarczył początek, to co on powiedział już zrozumiałam, choć dalej nie wiem co to ma wspólnego ze mną...
-Chwilowo nikt z nas tego nie wiem...-Van spojrzał w końcu na mnie z niepokojem.-A tak ci powiem że przerwanie walki w tym momencie było najgłupszą rzeczą jaką mogłaś zrobić. Teraz już wiedzą gdzie cie szukać. Bardzo ładnie im to ułatwiłaś.
-Trzeba było mną nie rzucać tylko dać zabić, nie byłoby prościej?-zakpiłam z niego.-Przepraszam że nie przenikam przez rozum i nie wiedziałam w tamtym momencie że jesteś oświeconym aniołem...
-Ami...spokojnie.-mama podała mi herbatę.-To nie jest niczyja wina. Van cię bronił, a ty broniłaś swój umysł przed morderstwem, to normalne. Nikt nie jest o to zły.
-To co teraz...?-spytałam popijając ciepły napój.-Bo raczej nie sądzę bym mogła normalnie iść do szkoły...W sumie...Dalej nie wiem czy powinnam w to wierzyć...
-Dobra słuchaj.-zaczął Van.-Czasami przepowiadam przyszłość. Niebawem spotkasz puchowe stworzenie w klatce. Nikt nie będzie chciał go wziąść a tobie będzie go żal i go przygarniesz. Nie będzie to zwykłe stworzenie. Dopiero w domu dotrze do ciebie jego cały wygląd.
-Równie dobrze będziesz mógł sam je podrzucić...
-Zakład że będę tu przez cały czas, przez cały czs obok ciebie albo tu w domu, jak wolisz. A...i jeszcze jedno, uważj na przyjaciółeczkę.
-Co z nią?
-Nic nie powiem. Sama się przekonaj skoro mi nie wierzysz. Nie będę ci nic podpowiadać. Chociaż...po wczorejszych rysunkach powinnaś już trochę uwierzyć, no ale cóż.
 

 
-Lepiej ci już?
-W sumie...kręci mi się w głowie, ale nic mi nie jest. Wracajmy na lekcje.-zaproponowałam wstając powoi.
-Jeśli tak mówisz to dobrze.
Powoli ruszyłyśmy do klasy na lekcję kolorowymi korytarzami szkoły pełymi rzeźb, kwiatów i obrazów. Jak na takich rozmiarów szkołę i czasów z których pochodziła wyglądała cudownie i nowocześnie. Po kilkunastu minutach błądzenia dla zabawy dotarłyśmy do klasy. Otworzyłam drzwi i usiadłam na swoim miejscu informując nauczyciela że wszystko jest w porządku. Po dwuch godzinach siedzenia i słuchania nauczycieli coś mnie nagle naszło. Wzięłam czystą kartkę i zaczęłam rysować. rysowałam i rysowałam...problem tylko leżał w tym że nigdy w życiu nie rysowałam...nie trzymałam ołówka jeśli nie musiałam...a teraz...cudowne, niewyobrażalne obrazy wychodziły z moich rąk. Może nie tyle co ja rysowałam co ręka sama poruszała się w swoim rytmie tworząc coś. Jeden z obrazków przykół moją uwagę...mężczyza w kapturze...jasnobiałe, połamane skrzydła z dodatkiem krwi...Szedł gdzieś, mim zdaniem nie zwracając uwagi na ból. *Znowu on* zapytałam w głowie gdyząc końcówkę ołówka. Nie rozuiałam tego. Wszystko było jakimś wielkim nieporozumieniem. Coś się działo, ale zupełnie nie mogłam zrozumieć co. W tym momencie wszystko co rozumiałam i w co wierzyłam poszło się czepać na prawo i lewo. Nie potrafiłam pozbierać myśli w jedną całość. Cały dzisiejszy dzieeń wogóle nie powinien sie wydarzyć, jak na mój maly rozumek. Po tym rysunku przestałam wogóle dotykać ołówke i długopis...byleby nic nie rysować...W końcu nadszedł wieczór. Upragnionuy moment by wrócić do domu i zapomnieć o tym co się dzisiaj zdarzyło. Wracałam bardzo późnym wieczorem, gdy było już ciemno. Lubiłam tak wracać, ale wydarzenia z dnia dzisiejszego sprawiały że byłam przerażona. Gdy wysiadłam z tramwaju nie słuchałam muzyki i rozglądałam się dookoła byleby w coś nie wpaść. Dodatkowo w głowie powtarzałam sobie by trzymać się głównej ulicy, tak będzie bezpieczniej. Nagle podkusiło mnie by jednak skrócić sobie drogę i iść małymi uliczkami. Skręciłam w lewo, gdy dotarłam do rozwidlenia drogi zauważyłam coś dziwnego, coś dzieki czemu zjeżyły mi się włoski na plecach...Dwójka ludzi walczyła ze sobą...jednak...nie pistoletami jak na nasz wiek przystało, ale...mieczami...dodatkowo jeden z mężczyzn...to owy mężczyzna w kapturze który codziennie stał koło mojego domu!!!Wiedziałam że coś tu nie gra...wiedziałam ze coś jest nie tak jak powinno. Powinnam...się wycofać lecz...w momencie kiedy Pan Kaptur miał zadać ostatni cios nieznajomemu, stanęłam między nimi z błagalnym i przerażonym wzrokiem, rozpościerając ramiona do zaprzestania walki. Chłopak zatrzymał się, lecz po chwili mocno chwycił mnie za ramięc odrzucając w bok. Odbiłam się od ściany karkiem, lecz gdy już się otrząsnęłam spojrzałam przed siebie. Chłopak w kapturze obronił mnie przed mężczyzną leżącym na ziemi samemu ostając rannym. Mężczyzna na ziemi spojrzał na mnie i zniknął w nadzwyczjnym tempie. Nie zwracając uwagi na nic podbiegłam do nieznajomego i zauważyłam zakrwawioną rękę. Mężczyzna spojrzał mi w oczy i zacisnął rękę na ranie.
-Nie powinno cię tu być.-wyszeptał.
-Choć ze mną do domu, zajmę sie twoją raną.-rzuciłam bez namysłu.
Chłopak westchnął ciężko ale stanął na równe nogi i ruszył za mną chwiejnym krokiem. Wychodząc z uliczki zaczął tracić przytomność więc musiałam mu pomóc. Gdy byliśmy przed moim domem zauważyłam ojca biegnącego w moją stronę. Oboje mężczyzn spojrzało na siebie i usłyszałam...coś czego bym się nie spodziewała:
-Van?-spytał tata.
-Thomas...?-spytał nieznajomy tracąc przytomność.
Zabraliśmy go do domu a ja wciąż pytałam się w głowie, jak to jest możliwe że oni się znają?? Co to wogóle miało znaczyć...? Mama kazała mi się umyć i zmienić ubrania w momencie kiedy zaczęła zajmować się raną "Vana" Stojąc jak wryta i nie wiedząc czy coś zrobić...w końcu kiwnęłam głową i pociągłam nogami do wojego pokoju po rzeczy i zaraz potem do łazienki. Rozebrałam się i weszłam do gorącej wogy czując jak powietrze wraz z całym życie ze mnie wylatuje. Całkowicie zanurzyłam się w wodzie zmywając z siebie krew jak i brud tego całego dnia. Po kilkunastu minutach wyszłam z wody wytarłam się ręcznikiem i ubrałam w nowe rzeczy po czym ruszyłam na dół do salonu gdzie już czekali na mnie rodzice. Nie byłam chyba gotowa na tą rozmowę, na to co powinno się zdarzyć za chwilę...ale chyba nie miałam wyjścia... Weszłam do salonu i zauważyłam chłopaka bez koszulki z licznymi bliznami na ciele leżącego pod kołdrą.
-Nie odzyskał przytomności?-spytałam szybko.
-Jeszcze nie.-odpowiedziała mama.
-Am...Jest pare rzeczy o których ci nie powiedzieliśmy...-rzucił ojciec.
-Domyśliłam się widując codziennie jego i wpadajac teraz w takie bagno w jakim jestem...
-Wytłumaczysz mi proszę jak znalazłaś go w takim stanie?-tata usiadł na fotelu pijąc herbatę.
-Walczył z kimś...Miał złote włosy...nie blond...złote...-odpowiedziałam bez namysłu.
-Pozmieniało się?-ojciec spojrzał na mamę.-Coś mi tu nie gra. Czemu ścigają jednego z nich...?
-Kochanie dowiemy się jak Van wydobreje. Teraz dajmy Ami spokój, zobacz jak wygląda. Jest przerażona i blada jak ściana.-mama wskazała na mnie i podała mi herbatę.
-Masz rację, ale też nie sądzę by Ami chciała zwlekać z odpowiedziami na jej pytania. Mam rację?
-Owszem...ale też nie czuję się na siłach by o cokolwiek pytać
  • awatar Gość: Człowieka w kapturze z połamanymi skrzydłami?
  • awatar Gość: Co zobaczyła? Śmierć?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Nic więcej nie powiem bo...nie mam po prostu na to wszystko słów...to się nie klei..nic się nie klei...
 

 
Co tylko mogło...niemal sie wydażyło...mam dosyć...wszystko wali mi się na głowę...

Zwariuje...
 

 
Porysowałabym coś, ale problem zacny leży w tym że jedyne co potrafię to tylko kopiować czyjeś rysunki...Wzięłam się ostatnio za narysowanie czegoś...swojego...Skończyło się płaczem że jestem beznadziejna i nic nie umiem...Także tego...
 

 
Problemy, problemy i problemy...Wszędzie zawsze problemy...No cóż zdarza sie...
Poraz kolejny doszłam do wniosku że nie nadaje sie na pisarkę i chyba jednak przestanę cokolwiek pisać...
Do tego praca...Mam już dosyć...Nie mam na nic czasu...Nudzi mnie już pracowanie...Nie ma czasu na nic, wraca sie wyjebanym i...ma sie coś w domu zrobić...Powinno się pracować 4 dni w tygodniu ale nieeee bo szefostwo jaśnie chce hajsu...Zachłanność w chuj...Ja pierdole ile można...?
 

 
(Yeeee, dotarłam do tego momentu mojej opowieści...Coś czuję że to skopię...)

Po śniadaniu ojciec gdzieś wyszedł a mama sprzątała wraz ze sprzątaczką. Za to brat i ja przeneśliśmy się do ogrodu łapiąc promienie słońca i zadowolenia.
-Nie sądziłem że Megrad jednak wszystko zwróci...-zaczął Kalyed.
-Mówiłam że to zrobi? Nie wierzysz swojej siostrzyczce? Przecież mam dar przekonywania.-zaśmiałam się.
-No tak, zapomniałem. Eh, za niecałą godzinę dowiemy się co nam burmistrz daje na wiosnę. Cóż ciekawego stworzył i jak będziemy się bawić.
-Coś czuję że ogniście będziemy się bawić...-powiedziałam tracąc nagle humor.
-Ej co się dzieje?-spytał szybko.
-Wczoraj...Miałam zły sen...Mam tylko taką nadzieję że to był sen...
-Co się działo w twoim śnie?
-W sumie...Widziałam tylko czerń, ale słyszałam krzyki, płacz dziecka, walkę i odgłosy palonych domów...Potem długo nie mogłam się uspokoić i zasnąć...Nigdy jeszcze nie miałam czegoś takiego...
-Wszystko będzie dobrze, może przejmujesz się na zapas?
-Możliwe...
-Oj siostrzyczko, baw się, baw się ile możesz. A teraz uśmiechnj się, będzie dobrze, będziemy się świetnie bawić na dniu wiosny. Idziemy razem.
-Jasne. Masz rację.
-To musimy się zbierać żeby zdążyć.
 

 
Powiedzmy że nowy rok, nowy start i...stara JA. Jeśli interesuje was świat fantasy oraz jakaś głupia dziewczyna która myśli ze może wydać książkę i to się sprzeda, to zapraszam serdecznie na mojego bloga. Może jednak wpadnie wam coś z tych opowiastek w oko a potem do głowy.

Serdecznie zapraszam Lisica
 

 
Od razu było mi lepiej.
Brat dzalej siedział w tym samym miejscu w którym "go pozostawiłam." Jednak widząc mnie jego twarz rozjaśniła się. No w sumie o to chodziło. Ulżyło mi i od razu się uśmiechnęłam. Posłał mi uroczy uśmiech i powiedział:
-Mogłem się po tobie tego spodziewać.
-Domyślam się że widziałeś przedstawienie.-odpowiedizałam siadając obok.
-Uważasz że zrobi co jej kazałaś?
-No na prawdę...? Ile razy mam cię uczyć że jeśli toś jest zastraszany, zrobi wszystko byleby uratować swój własny mięciutki tyłek?
-Nie papuguj moich lekcji.-Kalyed zaczął mni łaskotać.
-Mogę, dzisiaj ja cię uczę.-zaśmiałam się, odpychając się od brata.
-Dziękuję.-rzucił w końcu przestając się nad mną pastwić.
-Nie ma sprawy, dobrze wiesz że dla brata wszystko.
-Widziałaś? Na jutro już miasto jest tak przygotowane jakby to był najpięknieszy dzień życia.
-Widziałam. Wszystko wygląda cudownie. Te kolorowe ozdoby w kazdym oknie, w kazdym kącie...Cudowne. I pomyśleć że to tylko święto pierwszego dnia wiosny.
-Ciekawe co burmistrz przygotował.
-Dowiemy się jutro. Właśnie, ojciec cię szukał. Ja zajrzę do matki. Może potrzebuje pomocy.
-Jasne, dzięki za wiadomość.
Uśmiechnęłam, pomachałam mu i ruszyłam w stronę domu. Zaczęłam poszukiwania. Matkę znalazłam w kuchni. Pomagała służącej przygotować obiad. W sumie...służąca nie służąca...Przygarnięta z ulicy bezdomna kobieta którą obrabowano i w sumie...nie miała gdzie się podziać. Oiecała że zrobi dla nas wszystko, a my nie myśląc dużo, zaufaliśmy jej. W sumie była to bardzo dobra decyzja. Obie z mamą śmiały się rozmawiając o swoich sprawach. Gdy tyko weszłam mama uśmiechnęła się do mnie.
-Dzieńdobry wszystkim.-rzuciłam.-Mogę w czymś pomóc?
-Owszem możesz kochanie.-rzuciła mama podając mi koszyk.-Przynieś z ogrodu szesnaście dużych, ślicznych marchewek, sałatę i trzy kalafiory.
-Już biegnę.
Zabrałam koszyk i pobiegłam spowrotem do ogrodu. Od razu wpadłam między grządki z warzywkami i ppozbierałam o co mnie prosono. Wracając do domu spojrzałam w niebo. Było bezchmurne a lecący po niebie kruk wyglądał cudownie...lecz...Wciąz w głowie siedziała mi myśl że coś...coś jednak jest nie tak. Próbowałam jednak o tym nie myśleć.
Resztę dnia spędziłam z rodzicami i wygłupiając się z bratem. Potem przyszła noc. Jakiś sen, straszne krzyki, odgłos ognia, płacz dziecka...? Walka...?

*UCIEKAJ! BIEGNIJ ILE SIŁ W NOGACH!)*

Obudziłam się spocona i nie docierało do mnie gdzie się znajduję. Gdy po chwili ochłonęłam dotarło do mnie że dalej jestem w swojej sypialni. Odetchnęłam z ulgą i poszłam spać dalej.
Obudziłam się wcześnie rano (co było dziwne bo zawsze trzeba było budzić mnie godzinami i śćiągać na dół w pidżamie) czując jajecznice. Ubrałam się i zbiegłam do jadalni, gdzie śniadanie pachniało przecudownie. Wszyscy już czekali i zastanawiali się kto tym razem będzie mnie budzić, brakowało tylko mnie. Nie myślac dużo usiadłam przy stole omijając zdziwienia wszystkich i życzyłam smacznego.
 

 
Od dziecka bylśmy zżyci. Przysięgaliśmy sobie zawsze że jeśli coś się stanie, ktoś skrzydzi jednego z nas, psychicznie, fizycznie, jak kolwiek, ktoś będzie z nas kpić, nie będzie sznaować, będą któremuś z nas dokuczać, uprzykżać życie, to cokolwiek by druga osoba nie robiła, zawsze, ale to zawsze przyjdziemy sobie na ratunek. Nawet jeśli to miałaby być błachostka, którą każdy normalny by zignorował. Zawsze sobie pomagaliśmy więc i w tym momencie poczułam się odpowiedzialna za ukojenie uczuć mojego brata. Jeśli chodzi o uczucia...miał ich więcej niż nie jeden facet...Tym bardziej do kobiety z którą był już ponad rok...Zaufał jej a ona wykorzystała go jak zwykłego ulicznego śmiecia. *Przysięgam ze doprowadzę ją do ruiny!* pomyślałam. Niestety nie bylam typem księżniczki która spacerowałaby sobie w sukience po mieście, co było dosyć dziwnym zjawiskiem, ponieważ w naszych czasach w większości się nosi sukienki, uczy kobiety jak być miłe, słodkie, sarkastyczne, romantyczne, zalotne i ble, ble, ble...Nie należałam do tej szlachty. Nosiłam długie spodnie włożone w wysokie buty na dość wysokiej podeszfie i bluzkę które miała dość skąpy dekolt. Gdy dotarłam do rynku zauważyłam moje koleżanki siedzące na wozie z sianem i śmiejące się jak niewiem. Widzac mnie zamilkły i zrobiły pytające miny. Podeszłam do wozu i od razu bez krótkiego namysłu spytałam:
-Gdzie ta kurwa Megrad?
-Stoi przy kwiaciarni i rozmawia z Alefo.-odpowiedziala ruda, piegowata dziewczyna.
-No to jej romanse skończą sie za sekunde.
Ruszyłam przed siebie od razu kierując swoje kroki prosto przed kwiaciarnię. Faktycznie. Stała tam, ale nie rozmawiała a całowała się z Alefo. Co śmieszniejsze moje koleżanki chcąc widzieć jej upadek przyszły za mną chichocząc i czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Widząc tą dziweczynę aż się we mnie gotowało. Nie myśląc dużo krzyknęłam podchodząc coraz bliżej:
-Megrad! Księżniczko od siedmiu boleści!
-Hm...?-wykrztusiła odklejajac się od "rozmówcy"
-Jak śmiesz?!-uderzyłam ją prosto w nos. Dziewczyna osunęła się na ziemię trzymając za krwawiący nos.-Jak śmiesz zdziro zdradzać mojego brata?! Tyle ci dał i co? Zero szacunku! Do godziny osiemnastej chcę widzieć wszystkie podarki jakie kiedykolwiek ci podarował i na które ciężko pracował! Jeśli ich nie masz, puszczę cię z torbami a je zwrócisz! Zwrócisz wszystko co do jednej rzeczy i uwież mi że będę zapisywać co oddałaś a czego nie!
-Ale...
-Wiesz co mnie twoje ale? Gówno mnie twoje ale! On obdarzył cię miłością na którą twoje zgniłe serce nie ma i nie miało miejsca, chciwa wiedźmo! Jak wszystko zwrócisz, lepiej żebyś już więcej nie wchodziła mi w drogę, albo cię zabiję. I tak to jest groźba! A teraz won mi z oczu!
Widząc jak dziewczyna zbiera się z podłogi odwróciłam się i ruszyłam w drogę powrotną do domu.
 

 
Nauczono mnie bym brnęła do przodu. Przedzierała się przez tłum łokciami i kiedy trzeba gryzła, biła i kopała jeśli od tego zależy moje lub bliskich mi osób życie. Byłam wdzięczna za tą lekcję i ceniłam ją mimo wszystko. Ktoś bardzo mądry powiedział mi kiedyś bym brnęła do swoich ideałów jak i celów po trupach, bym każde swoje mażenie spełniała i dopinała swego. Wzięłam sobie do serca te słowa. Zaczęłam żyć dla siebie samej, nie dla kogoś innego, kogoś obcego kto podyktuje mi swoje warunki i rozkazy...tylko dla siebie. To moje życie i ja będę układać je sobie tak jak JA sama będę tego chcieć. Będę żyć dla siebie i robiąc co chcę a nie jak nakazują mi inni. Każdy z nas jest kowalem ale i panem swojego losu. Każdy w ogniu tego w co wierzy może wykuć swoją duszę i nikt nie powie mu co ma robić i w co wierzyć. To nasza prywatna sprawa i tak niech zostanie. Chora polityka naszego kraju i żądy jakichś niepoprawnych psychicznie kretynów nie wmusi nam swoich poglądów.
Wyglądałam przez okno. Dzień zapowiadał się na naprawdę piękny i bezchmurny. Wydawałoby się ze nic nie zepsuje tej dobroci unoszacej się w powietrzu. Ptaki śpiewały swoją historię, strumień cicho szumiał w ogrodzie a drzewa niosły piosenkę lata kołysaną między liśćmi. Mogłabym tu zostać na zawsze. Choć w sumie nie zanosiło się na żadną przeprowadzkę więc może i tu zostanę. Ta błoga cisza i spokój. Za moimi plecami dało się słychać ludzi kszątających się po mieście. Widać wszystkim dopisywał dobry humor jak i dobra pogoda. Spojrzałam w stronę ogrodu i zauważyłam mojego brata siedzącego pośród drzew na ławce. Był bardzo przystojnym młodzieńcem o blond włosach do ramion zawsze spiętych w kitkę,choć dużo z tych włosów opadało na twarz, z delikatnymi, nico kobiecymi rysami twarzy o błękitnych oczach i przecudownym uśmiechu. Wydawał się być dziś przynębiony. Odwróciłam się, wybiegłam z pokoju i pokierowałam się od ogrodu. Nie myśląc duzo usiadłam koło brata i zaczęłam nucić piosenkę słuchając ptaków.
-Zgadnij czego się dowiedziałem...-zaczął a ja przerwałam swoją melodię.
-Hmm?
-Zdradza mnie...
-Megrad?!-spytała prostyjąc się niczym struna lutni.
-Ehe...-brat zdołował się jeszcze bardziej.
-Daj mi jakieś dziesięć minut i wrócę do ciebie Kalyed...-rzuciłam wstając.
-Daj spokój...To nic nie zmieni..
-O nie, nie daruje nikomu kto bawi się uczuciami mojego brata. Tym bardzie że była to kobieta którą na prawdę kochałeś i z którą chciałeś zostać do końca! Nie ma mowy nie zrezygnuje!-krzyknęłam i ruszyłam przed siebie.
Mój brat ponad wszystko cenił sobie szczerość, nawet jeśli miałaby być bolesna i masakryczna. Umiał pogodzić się z prawdą i nienawidził osób które okłamywały go za plecami i kpiły z niego.
 

 
Jak mi się ONE PIECE skończy to się chyba popłaczę...Uwieliam to, kocham wielbię szanuję i no...ten tego...
 

 
Praca od 11:30 do 20...zapierdziel, 1700 brutto i dodatkowo 7 dni w tygodniu...Jestem zła...Nie mam siły, denerwuje się...Jeszcze dojazd...i przez miesiąc pracy jestem już na trzecim sklepie w tej firmie...Zaczynam dostawać kociokwiku...
Hura bo w robocie nic nie zjem bo alo nie bede mieć ochoty albo czasu...Hura bo się przejdę i schudnę...Może gdzieś w końcu zemdleję, pojadę do szpitala i tam odpocznę...Ok może i jestem młoda i co z tego? To oznacza że młodzi (jak i starsi) mają być wykorzystywani do zapierdolu...? No chya nie sądze...
Tego kto wymyślił te chore systemy powinno sie zabić, wskrzesić i zabić jeszcze raz...
 

 
Biorę się za pisanie ale co...?
Gówno!
Pomysły są, są zajebiste, tak mi się wszystko klei cały krajobraz podróż, walka, ktoś, coś...
A potem zaczynam pisać...
I co...?
Znowu gówno...
Nie idzie mi, kasuje, próbje poprawiać, nie pasuje, znowu źle...zaczynam od nowa...Dalej nie tak...
Pierdole ide sie umyć i spać...Nie mam na to siły...Nie potrafię pisać...
Kogo ja oszukuję...nigdy nie napiszę niczego dorego...
Noje mażenie chwilowo idzie się pierdoli z łóżkiem i ciepłą wodą...
 

 
Święta...Koszmar...Nigdy więcej...
Sylwester...Eh...przynajmniej sie napiłam...I oglądałam Street dance.
Potem witamy znowu w pracy...Zaczynam mieć dość tego że ciągle przenoszą mnie między innymi sklepami...Chyba zacznę szukać innej pracy...Wiecej hajsu strace na podróżowanie lewo prawo a niżeli zarobię...Taką pracę mam w nosie...
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Dzisiaj byłam świadkiem ludzkiej pierdolonej znieczulicy. Starszy pan...bez nogi i oka...inwalida...ludzi w pociągu od chuja...nikt nie ustąpi miejsca schorowanemu starcowi...który pomimo wieku i inwalidztwa dalej pracuje...Chamstwo jakiego sie nie spodziewalam...Tym bardziej jesli ktos mu odmowil bo on tez zaplacil za bilet i miejsce mu sie nalezy...Kurwa ludzie ogarnijcie sie...nie jestescie sami...inni tez tu kurwa zyja...
 

 
Nie potrafię napisać juz nic dobrego...nic składnego...Nie trzyma się to kupy...Nie mam ochoty się uśmiechnąć i zacząć żyć od nowa...Bo po co...? Przecież zaraz i tak to się spierdoli...
Nie umiem już rysować...Co zacznę...Skończy się prostymi kreskami na kartce...Zarysuję całą kartkę od góry do dołu czarnymi krechami...bo znowu zjebałam...
Mam już dosyć tej bezradności...